Piłkarskie Mistrzostwa Europy lub Świata (zwłaszcza rozgrywane w diametralnie innej strefie czasowej) to czas w którym przeciętny Kage żałuje, że nie jest pracownikiem działu telewizorów EURO AGD lub Instytutu Technologii Polimerów i Barwników czyt. czas w pracy spędza na uśmierzaniu bólu związanego z brakiem dostępu do meczów. Tak też się zapowiadało tym razem, ale…
Po dwóch rundach fazy grupowej tj. 32 meczach tak na prawdę jedynym meczem wartym oglądania tych Mistrzostw można uznać mecz Kamerun-Dania!! Z wytrwałością godną lepszej sprawy oglądam codziennie wszystkie spotkania w godzinach dostępnych dla przeciętnego, pracującego Polaka i codziennie walczę mocno z sennością!! Co to ma być?? Ani jednej drużyny “futbolu totalnego”?? Ani jednej Holandii, Hiszpani, Rosji z ledwo minionych Euro2008? Gdzie te mecze kończące się po 3-2 przy ciągłej wymianie ciosów i pięknych bramek? Jaki sens ma np. kpina z futbolu w wykonaniu Grecji?? Nawet wymieniony przeze mnie Kamerun zagrał ofensywny, otwarty futbol dopiero po porażce w pierwszym meczu, gdzie próbowali grać futbolową partię szachów jak pozostali. Żeby FIFA mogła dalej doić tak ogromne pieniądze z MŚ musi się mocno zastanowić co zrobić by podwyższyć ich atrakcyjność skoro nawet potyczka Hondurasu z Chile nie może wyjść poza schemat “byle nie przegrać”. Nawet krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa Argentyna zachwyca stylem jedynie w przebłyskach.
Reaktywowany niedawno Flapjack wydał w 1995 roku płytę Fairplay, która swojego czasu nie wychodziła z mojego walkmana (czy ktoś pamięta to urządzenie jeszcze;)). Śpiewali tam m.in. o afrykańskich chłopcach z Kamerunu, którzy na ulicach uczą się pięknego futbolu by potem trafić do Europy w środek “cynicznego” futbolu nastawionego na pieniądz i uczącego “brudnych sztuczek”. Czy porażki afrykańskich drużyn w tych mistrzostwach nie są spowodowane właśnie przyjęciem “europejskiej myśli taktycznej” niejako na przekór ich temperamentowi?? Można by się zastanawiać.
Oby trzecia runda nastroiła mnie bardziej do szukania telewizora na Kaukazie podczas ostatecznych rozstrzygnięć tego Mundialu
PS. Czy można gdzieś znaleźć w sieci tekst “Soccer – Kids From Afrika?”
PSS. No chyba że zajebiste meczyki były o 13.30 a ja po prostu żyje w nieświadomości??


Salut,
Chciałbym powiedzieć Wam już na samym początku rzecz najważniejszą. Jeżeli zamierzacie zapoznać się z The Path, co stanowczo zalecam, nie czytajcie o niej niczego, zupełnie niczego, co można na jej temat znaleźć w sieci. Wiadomo, że Internet to nic dobrego, jak się uważniej człowiek przyjrzy, i w tym przypadku nie jest inaczej. Recenzje, opisy i interpretacje The Path pisane są bowiem co do sztuki rękami nieuków i nicponi.
Nie mam zamiaru wypisywać jakichś górnolotnych recenzji. Chciałem zwyczajnie napisać, że mi się ten program zajebiście podoba, że wciąga i wcale nie jest głupi. Wcześniej nigdy nie myślałem, że można z Reality Show zmęczyć więcej niż trzy odcinki, a co dopiero trzy sezony. Po prostu: krew, pot i łzy. Zachęcam.
Nie tak dawno zastanowiła mnie jedna myśl. Podczas lektury którejś tam książki o Hitlerze czy Stalinie, seansu entego programu na temat “Jak to się stało, że normalni ludzie…”, przyszła mi do głowy najprostsza pochwała podziału świata na suwerenne narody. To, że istnieje łamana krecha na mapie oddzielająca Polskę od nie-Polski, wydało mi się bardzo uspokajającą wizją. Bardziej nawet kojące, z pozycji “normalnego człowieka”, bo nie zdarzyło się pewnie jeszcze w żadnej głowie, żeby gdzieś nie było gorzej, niż u nas, jest to, że istnieją analogiczne krechy oddzielające Rosję od Nierosji, Stany od Niestanów, Kongo od Niekonga. W ten sposób szybciorem od niekumania wspaniałości wizji zjednoczonego świata przeszedłem przez niełapanie geniuszu idei jednego państwa europejskiego do smutku i zatroskania, co zwykle mnie nie cechuje. Myśl w każdym razie zbyt świeża, bym miał jakieś wnioski poza oczywistościami. Nie będę się sadził, że doszedłem do Obamy, bo nic takiego nie miało miejsca. Chociaż przecież powinno, mimo że jawił mi się koleś pozytywnie. Skrót NWO kiedyś słyszałem w jednym zdaniu z UFO i Che Guevarą, więc tą ścieżką nie zdążałem.
Pomijam kwestię, której, z nieznanych mi przyczyn, nie ma w filmie, czyli “Jak firma nie chce czegoś produkować, to ma wszelkie prawo tego nie produkować”.
Polecam na gorąco, obejrzałem wczoraj. Film nie jest nowy, więc pewnie niektórzy widzieli. Nie jest to film wojenny. Scena zamachu na F. Kutschere zamraża krew. Żadnego patosu, gdyby nie historyczne tło i mundury – to możba by pomyśleć, że to egzekucja na zlecenie mafii. Siadając do filmu biograficznego takiej postaci przygotowałem się na narodowo-wyzwoleńczego gniota, no bo czego się spodziewać po polskich filmach hitorycznych, po prostu fabularyzowany podręcznik bez walorów artystycznych. Okazało się, że nie – nie gniot! Żadnego typowo polskiego górnolotnego pierdolenia o poświęceniu dla Ojczyzny, szwabach-potworach i komunistach-pijących-ludzką-krew.
Dyskusja popkulturalna, bo strasznie mnie nosi po obejrzeniu X-Men: Ostatni Bastion. Film jest bardzo popkornowy, nigdy się jeszcze na X-Menach nie przejechałem i się nie przejadę na tej samej zasadzie, na której Jaco (tu: IngloriousBasterd, żeby było jasne) nigdy nie spojrzy krzywym okiem na Transformersów. Siadam, macam za napojem i petem, i rozumiem, że będzie tak, że cokolwiek zapoda Wolverine, to mi pasuje. Trochę kipa, że zajebali mi Mystique, daję słowo, że miewałem z nią erotyczne sny, kipa, ale kogoś musieli, a aktorka albo się zmieniła, albo roztyła, bo coś mi w niej od początku nie pasowało. Liczę na powrót jednak, bo uważny widz zwróci uwagę, iż są na to szanse. Scott był słaby, w ogóle nie pamiętam, a może nie było pokazane, jak oni go w ogóle wyposażyli w okulary, żeby nie porysować przy tym skorupy ziemskiej, więc bye baby. Xavier no comment.
Jesienna deprecha. Powinni wcześniej w radio puścić Kombi, wcześniej bym wstał je wyłączyć. Dużo spałem, drzwi otwieram, ucieka kot spod nich, po raz pierwszy w historii naszych spotkań, pokazuje mi, że się mnie boi. Ale na kota mam wyjebane. Wychodzę pomyśleć na słońcu, jest nawet ciepło, czy ja się w ogóle urodziłem. To ci teoria spiskowa, trochę bardziej konsekwentny Truman Show, z tym, że nie ma widzów i pewnie dlatego poprawiono scenariusz. Dla jednej osoby się nie pisze, Maciejczak. Hipnoza regresywna, zapisuję patrząc na gnijące liście, hipnoza w ogóle. Id, ego i superspes, omamy zbiorowe. Tymczasem debet muszę spłacić, wczoraj był termin i to mi przeszkadza, tak samo jak słuchanie audiobooka o Waffen SS i rozpaczy Hitlera w Ardenach, granie w jakieś bąbelki przez cały dzień, czternaście godzin, dwudziesty pierwszy level. Samemu siebie tak zdołować, żeby nie było już wyjścia poza katorżniczą pracą, przejeść się, wymiotować imieninowymi orzeszkami i ptasim mleczkiem, serialami, a później już nic, oczyścić się z brudu. Łażąc po liściach w tę i z powrotem, notuję haiku z moją osobą i trzema obrazami. Autopercepcja. Anoreksja. Jestem tak nieludzki, jak widzą mnie inni.
Dobry film obejrzałem. Stary, z 1978 roku, czyli ciężko pewnie będzie w sieci trafić, a na TCM już nie leci. Nic to, że ze Stevem McQueenem, który z niczym rewelacyjnym mi się dotąd nie kojarzył – to nie jest rola w stylu Bullita, a buzię mu tak ucharakteryzowano, że tak, jak mój starszy, gdybym nie widział napisów na początku, to nie jorgnąłbym się, że to on. Film nazywa się “Wróg Ludu” (An Enemy of the People) [