U can do it just like Cameroon

Piłkarskie Mistrzostwa Europy lub Świata (zwłaszcza rozgrywane w diametralnie innej strefie czasowej) to czas w którym przeciętny Kage żałuje, że nie jest pracownikiem działu telewizorów EURO AGD lub Instytutu Technologii Polimerów i Barwników czyt. czas w pracy spędza na uśmierzaniu bólu związanego z brakiem dostępu do meczów.  Tak też się zapowiadało tym razem, ale…

Po dwóch rundach fazy grupowej tj. 32 meczach tak na prawdę jedynym meczem wartym oglądania tych Mistrzostw można uznać mecz Kamerun-Dania!! Z wytrwałością godną lepszej sprawy oglądam codziennie wszystkie spotkania w godzinach dostępnych dla przeciętnego, pracującego Polaka i codziennie walczę mocno z sennością!! Co to ma być?? Ani jednej drużyny “futbolu totalnego”?? Ani jednej Holandii, Hiszpani, Rosji z ledwo minionych Euro2008? Gdzie te mecze kończące się po 3-2 przy ciągłej wymianie ciosów i pięknych bramek? Jaki sens ma np. kpina z futbolu w wykonaniu Grecji?? Nawet wymieniony przeze mnie Kamerun zagrał ofensywny, otwarty futbol dopiero po porażce w pierwszym meczu, gdzie próbowali grać futbolową partię szachów jak pozostali. Żeby FIFA mogła dalej doić tak ogromne pieniądze z MŚ musi się mocno zastanowić co zrobić by podwyższyć ich atrakcyjność skoro nawet potyczka Hondurasu z Chile nie może wyjść poza schemat “byle nie przegrać”. Nawet krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa Argentyna zachwyca stylem jedynie w przebłyskach.

Reaktywowany niedawno Flapjack wydał w 1995 roku płytę Fairplay, która swojego czasu nie wychodziła z mojego walkmana (czy ktoś pamięta to urządzenie jeszcze;)). Śpiewali tam m.in. o afrykańskich chłopcach z Kamerunu, którzy na ulicach uczą się pięknego futbolu by potem trafić do Europy w środek “cynicznego” futbolu nastawionego na pieniądz i uczącego “brudnych sztuczek”. Czy porażki afrykańskich drużyn w tych mistrzostwach nie są spowodowane właśnie przyjęciem “europejskiej myśli taktycznej” niejako na przekór ich temperamentowi?? Można by się zastanawiać.

Oby trzecia runda nastroiła mnie bardziej do szukania telewizora na Kaukazie podczas ostatecznych rozstrzygnięć tego Mundialu ;)

PS. Czy można gdzieś znaleźć w sieci tekst “Soccer – Kids From Afrika?”

PSS. No chyba że zajebiste meczyki były o 13.30 a ja po prostu żyje w nieświadomości??

W tym miejscu już niedługo…

…pojawią się liczne recenzje filmowe napisane przez Zoltana!

Będzie miejsce na gorące dyskusje i długie polemiki!

To wszystko już niedługo. Tylko na balbiniarze.pl!

Polak, czyli gracz upośledzony

wow-logo2800

Rozumiem, że na wielu płaszczyznach życia inne kraje wyprzedzają nas o lata świetlne.  Mniej zarabiamy, jadąc za granicę czujemy się gorsi bo nie stać na to na co stać innych kolegów z zachodu. Generalnie mam to gdzieś, przywykłem do tego. Czemu jednak nawet w głupich grach komputerowych Polak musi być upośledzony? Wszedłem przed chwileczką na stronę gazety która jako najważniejszą informację (ważniejszą nawet niż dobry występ Adasia w pucharze świata) uznaje fakt, że cytuję

Polscy gracze aby w pełni korzystać z konsoli XBox muszą podawać przy rejestracji, że mieszkają w innym kraju. Tysiące konsol zarejestrowano więc np. w polskiej ambasadzie w Londynie. Nieoficjalnie: Koniec z tym, jeszcze w tym roku usługa Xbox LIVE będzie dostępna w Polsce.

Przypomniało mi się od razu jak kilka miesięcy temu razem z bratem wznawiałem swoje przygody w World of Warcraft. Gierkę tą uważam za coś do czego żaden inny wynalazek, czy to na konsole, czy na PeCeta nie jest nawet w stanie się zbliżyć. I nie jestem w tym twierdzeniu odosobniony, jest to przecież RPG w które gra najwięcej ludzi na świecie, ludzi którzy miesiąc w miesiąc płacą 14 dolców bez mrugnięcia okiem. Ale nie w tym rzecz. Producent Warcrafta – dobrze wszystkim znany Blizzard, chcąc skrócić czas potrzebny do dojścia do maksymalnego, osiemdziesiątego poziomu wprowadził usługę o nazwie Recruit a friend. Polega to w skrócie na tym, że jedna osoba mająca już konto zaprasza drugą do gry. Jeżeli tylko grają razem, razem wykonują questy to w nagrodę otrzymują 300% więcej doświadczenia niż ludzie grający samotnie. Biorąc pod uwagę fakt, że prawdziwa esencja tej gry czyli tzw. rajdy  rozpoczynają się właśnie w momencie gdy człowiek osiąga maksymalny poziom jest to ogromne ułatwienie. Zamiast dwóch miesięcy ciągłego kokszenia, dwóch przeciętnie utalentowanych chłopa jest w stanie to zrobić w około dwa tygodnie.

Zachęceni tym faktem nabyliśmy więc świeżutkie kopie, zarejestrowaliśmy się i … niestety zonk! Usługa ta dostępna jest w każdym cywilizowanym kraju oprócz Azerbejdżanu i Polski właśnie!!! Pytam się więc dlaczego? Dlaczego chcąc korzystać z dobrodziejstw nawet  tego wirtualnego świata muszę się czuć jak upośledzony? Dlaczego w formularzu zawierającym moje dane musiałem zostać cholernym angolem? Czy firma zajmująca się dystrybucją doszła do wniosku, że otwierając tą usługę w Polsce ludzie osiągnąwszy najwyższy z możliwych poziomów wcześniej, przestaną grać i przestaną płacić?

Gram więc, ale Polakiem w Azerocie nigdy nie byłem i nie zanosi się, że kiedyś będę.

Zillertal, czyli Morgulec to pikuś przy Harakiri

Prawdopodobnie ostatnia wizyta w Zillertal w najbliższych latach dobiegła końca. Czas najwyższy spróbować czegoś nowego, kto wie gdzie człowieka poniesie, może Trzy Doliny we Francji, może Dolomity we Włoszech. Na gadanie o tym, znając balbiniarską ekipę, mamy cały rok. Tak sobie myślałem co można napisać po tygodniu spędzonym w Alpach kiedy praktycznie pięć dni z sześciu człowiek jeździ w pełnym słońcu, gdzie każda z 10 osób przejeżdża ponad 200km i nie są to domysły, a dokładnie obliczone dane z systemu zczytującego skipassy, gdzie człowiek każdego dnia ogląda uśmiechnięte gęby, a  piękna żona codziennie wstaje pierwsza i dopinguje do pobudki.

normalnie jedno mi tylko przychodzi do głowy
“dosko!!!” moi drodzy, “dosko się czuję”!!!

Wszystkim uczestnikom jeszcze raz dziękuję za epicki wyjazd, a pozostałych zapraszam do obejrzenia fotek opatrzonych moim rzutkim komentarzem.

Ciąg dalszy relacji w dziale Balbiniarze on Tour/Relacje…

44444

Tags:

Jak syci Amerykanie kij w szprychy włożyć umieją innym sytym Amerykanom, a może nawet kij w mrowisko.

yesmeniSalut,

nie dalej, jak wczoraj, obejrzałem sobie dziełko filmowe, które posiada pożądane przez nas wszystkich cechy dokumentu filmowego. Jest zatem monotetyczne, kontrowersyjne, wzbudza radość i oburzenie, śmieszy, tumani, przestrasza. Nosi tytuł “Yes meni naprawiają świat”.  Jednocześnie wyrażam żal, że nie widzieliście, bo w tym czasie najbardziej palącą dla mnie kwestią pozostaje, czy wydarzenia przedstawione we filmie należy traktować en général in plus, czy przeciwnie: in minus.

Pozostaję w pragnieniu skonsultowania z kimś tego,

Hes podejrzliwy

(wobec anarchii, idei lewicowych, żartobliwych prowokacji i niezałatwionych spraw wielkich).

P.S.  Moją ambicją było opublikować post o najdłuższym tytule w historii balbiniarze.pl.

Efekt masy raz wtóry.

mass2

Heja wszyscy,

właśnie czytałem sobie książkę, przeglądałem wpisy na balbiniarze, aż tu nagle zainstalowało mi się “Mass effect 2″ na kompie. Pomyślałem, niechże będzie, ot tak, dla sprawdzenia, pyknę planszę. No i tak gram już 15 h, eksploatuję planety, egoistyczne dążę do prawdy, zastraszam bezwzględnością poczynań, werbuję drużynę i zdobywam jej lojalność. Gra jest miodna, i choć historię opowiada banalną w ogóle, to b. ciekawą w szczególe. Są fajne minigry urozmaicające rozgrywkę, dające odetchnąć po emocjach wyśrubowanych do zenitu. Są super interplanetarne opcje drążenia planet w poszukiwaniu bezcennych pierwiastków, są fajne opcje dialogowe i prześmieszne odzywki bohaterów. Nie wspomnę o mocach i ulepszeniach biotycznych, dodatkowych pancerzach i ogniwach energii, bo nie jest to cyberpunk a raczej cosmic soap opera. Palce lizać i kłam stwierdzeniu, że nie ma gier tak pysznych, jak kiedyś. Policja już nigdy nie będzie tak uprzejma i miła, a po “ME 2″ powstanie na pewno jeszcze lepsza i miodniejsza (choć to prawie niemożliwe) trójka. Tak konkluduję, po którejś-tam-z-rzędu sesji gry. Muszę kończyć, gdyż potrzebna jest pomoc dla Jack.

Do zoba w Sahrabarik,

Shepard.

The Path

thepathChciałbym powiedzieć Wam już na samym początku rzecz najważniejszą. Jeżeli zamierzacie zapoznać się z The Path, co stanowczo zalecam, nie czytajcie o niej niczego, zupełnie niczego, co można na jej temat znaleźć w sieci. Wiadomo, że Internet to nic dobrego, jak się uważniej człowiek przyjrzy, i w tym przypadku nie jest inaczej. Recenzje, opisy i interpretacje The Path pisane są bowiem co do sztuki rękami nieuków i nicponi.
Ażeby odciąć się od tak określonej tłuszczy, nie przestając Was jednak nagabywać do zakupu i przetestowania na sobie The Path, napiszę, co o niej myślę, trzymając się jednak z dala od jakichkolwiek konkretów, w szczególności tyczących się “fabuły”.
The Path jest mroczna, optymistyczna, pesymistyczna, patetyczna, kiczowata, artystyczna, przeintelektualizowana, niedopracowana, wymuskana, nudna, filozoficzna, wciągająca, żałosna, tragiczna, śmieszna, straszna, przygnębiająca, niezrozumiała, tajemnicza, oczywista, symboliczna, jasna, ciemna, budująca oraz niepokojąca. Pośród takich ambiwalencji pewną jest dla mnie rzeczą, że takiego czegoś, i w takiej skali, na komputerach jeszcze nie grano.
Dla mnie jest to z pewnością zmiana jakościowa.

[wracając na ziemię: na Allegro za 35 zika z plakatem i przesyłką]

Hell’s Kitchen

Hells_Kitchen_titleNie mam zamiaru wypisywać jakichś górnolotnych recenzji. Chciałem zwyczajnie napisać, że mi się ten program zajebiście podoba, że wciąga i wcale nie jest głupi. Wcześniej nigdy nie myślałem, że można z Reality Show zmęczyć więcej niż trzy odcinki, a co dopiero trzy sezony. Po prostu: krew, pot i łzy. Zachęcam.

Opus Magnum.

Witajcież,alchemy

tym razem wpadł mi prezent inny do ręki i jak się okazuje, strasznie ciekawy.  Zaczerpnąłem już z niego dużo informacji o symbolach mistycznych/alchemistycznych/masońskich, zrozumiałem sentencję-zawołanie VITRIOL, przeszukałem historię starych i współczesnych rycin, miedziorytów gnostyckich i mistycznych wraz z próbą ich objaśnienia, przywołania kontekstu. Położyłem, ba! ja musnąłem nieledwie dłonią po wieku depozytariusza wiedzy tajemnej, stojącego tuż obok lwów i krzewu akacji. I co spytacie? I zatrwożony pozostaję ilością dobrodziejstwa tego w dziejach. Śmiertelnie, a jeszcze przed jakimkolwiek wtajemniczeniem . Niestety z książki nic nie zrozumiałem głębiej gdyż jest po angielsku i jest naszpikowana taką skalą abstrakcji, że przerasta mnie ta ściana o rząd wielkości.

Wasz Hes, “czwarta kula ognista”.

Się jeździ

Zdjęcia z celebracji Nowego Roku 2010 w miejscu kultu. Obydwa obrazy w formule “A delighted autochton, an amazed tourist and a random creepy guy in the middle”.

Sorka, że tak późno.

Upadek republiki

fallotrNie tak dawno zastanowiła mnie jedna myśl. Podczas lektury którejś tam książki o Hitlerze czy Stalinie, seansu entego programu na temat “Jak to się stało, że normalni ludzie…”, przyszła mi do głowy najprostsza pochwała podziału świata na suwerenne narody. To, że istnieje łamana krecha na mapie oddzielająca Polskę od nie-Polski, wydało mi się bardzo uspokajającą wizją. Bardziej nawet kojące, z pozycji “normalnego człowieka”, bo nie zdarzyło się pewnie jeszcze w żadnej głowie, żeby gdzieś nie było gorzej, niż u nas, jest to, że istnieją analogiczne krechy oddzielające Rosję od Nierosji, Stany od Niestanów, Kongo od Niekonga. W ten sposób szybciorem od niekumania wspaniałości wizji zjednoczonego świata przeszedłem przez niełapanie geniuszu idei jednego państwa europejskiego do smutku i zatroskania, co zwykle mnie nie cechuje. Myśl w każdym razie zbyt świeża, bym miał jakieś wnioski poza oczywistościami. Nie będę się sadził, że doszedłem do Obamy, bo nic takiego nie miało miejsca. Chociaż przecież powinno, mimo że jawił mi się koleś pozytywnie. Skrót NWO kiedyś słyszałem w jednym zdaniu z UFO i Che Guevarą, więc tą ścieżką nie zdążałem.
Przemyślenia na temat wpływu mediów i koncernów sobie daruję, bo jak definicja konia w “Nowych Atenach”, nie są to żadne przemyślenia.
Globalne ocieplenie wiadomiks.

Nie to, że łykam tu wszystko, broń Boże. Spienia mnie ten facet, który poprzedza wszystko słowami “maltuzjański”, “skamlący”, “toksyczny” itp. Denerwuje autor dokumentu pierdolący o barbecue w zamierzchłych czasach. A nader wszystko irytuje narrator z chrypą-telezakupy-mango. Jakkolwiek “The Corporation” zachowywało momentami pozory bezstronności i obiektywizmu, tak “Fall of the Republic” ostentacyjnie odrzuca takie starania. Dokument jest tak stronniczy i manipulatorski, że aż mi się miło zrobiło. Piszę zupełnie poważnie, poczułem się komfortowo mogąc spokojnie założyć, że nie będzie żadnego głosu wspierającego antytezę, każdy fakt z dużą dozą pewności zostanie wyolbrzymiony, a część argumentów sfabrykowana. To miłe uczucie obejrzeć coś takiego. Mój pierwszy raz na taką skalę.

Nie to, że odrzucam tu wszystko, broń Boże. To jest właśnie zastanawiające, że zgadzam się z większością, o której mam pojęcie. Jestem zaskoczony zbieżnością paru wniosków twórców dokumentu z moimi własnymi. Jestem także zadziwiony spójnością “Fall of the Republic”. Nie ma słowa o UFO, ani o 11 września. Absolutny brak Ernesta Guevary.

Ciężka sprawa. Kilka godzin nieustającego monologu, trudnych wyrazów i przekazu subliminalnego, ale warto. Cholernie warto.

Kto zabił elektryczny samochód?

Who_Killed_The_Electric_Car_coverPomijam kwestię, której, z nieznanych mi przyczyn, nie ma w filmie, czyli “Jak firma nie chce czegoś produkować, to ma wszelkie prawo tego nie produkować”.
Dla mnie to podobna jazda, co z patentami na oprogramowanie i elektronicznymi papierosami, na których znam się bardziej i bardziej je spostrzegam.
Znaczy gorąco polecam.

Paryż, czas wojny.

the saboteur

Hejka,

tym razem chciałem Wam polecić grę w sabotażystę, by wyzwolić Paryż z drugiej wojny i z nazistów.  W grze jest dużo misji, takich jak Vive la resistance, Liberte,  Egalite,  Fraternite, czy Putain, co sprawia, że możemy się zrelaksować, popodziwiać i poznać historię tego wspaniałego miasta poetów, kurew i melancholików.  Dlaczego gra jest mocno ok?  Ano na początku jest monochromatyczna z czerwonymi prześwitami na swastyki, a wyzwalając dochodzi się do kolorystyki.  Gra i jest bardzo dobra bo dostałem ją na gwiazdkę i w ogóle sorry że tak późno z tym piszę.

hes

Generał Nil

general_nilPolecam na gorąco, obejrzałem wczoraj. Film nie jest nowy, więc pewnie niektórzy widzieli. Nie jest to film wojenny.  Scena zamachu na F. Kutschere zamraża krew.  Żadnego patosu, gdyby nie historyczne tło i mundury – to możba by pomyśleć,  że to egzekucja na zlecenie mafii. Siadając do filmu biograficznego takiej postaci przygotowałem się na narodowo-wyzwoleńczego gniota, no bo czego się spodziewać po polskich filmach hitorycznych, po prostu fabularyzowany podręcznik bez walorów artystycznych. Okazało się, że nie – nie gniot! Żadnego typowo polskiego górnolotnego pierdolenia o poświęceniu dla Ojczyzny, szwabach-potworach i komunistach-pijących-ludzką-krew.

Film jest o zwykłym człowieku, którego zniszczono.  Nie polecam do oglądania przed świętami. Fakt, że bohater jest taki po prostu zwykły  i ludzki,  nie jest chodzącym pomnikiem – powoduje, że trudniej przeżyć jego tragedię i jego rodziny (w sensie zapomnieć przed zaśnięciem o tym co się widziało). Najbardziej podobała mi się scena, kiedy rodzina prosiła go napisanie wniosku o ułaskawienie. Tu właśnie widać człowieczeństwo. W historycznych filmach kręconych dawniej takiej sceny by nie było, albo została by przekręcona. No bo przecież gen. NIL nie mógł zachować się jak zwykły cżłowiek, musiałby zachować się jak pomnik.

Uprzedzam, że film jest politycznie niepoprawny. Trochę eksponuje się narodowość funkcjonariuszy UB. Reżim stalinowski na całym obszarze swojego działania umiejętnie podsycając rewanżyzm i z pełnym wyrachowaniem wykorzystywał mniejszości narodowe zatrudniając je w organach ścigania. Historia zresztą jest niepoprawna jeśli się ją czyta bez komentarza.

Jean!

jean jean jeanDyskusja popkulturalna, bo strasznie mnie nosi po obejrzeniu X-Men: Ostatni Bastion. Film jest bardzo popkornowy, nigdy się jeszcze na X-Menach nie przejechałem i się nie przejadę na tej samej zasadzie, na której Jaco (tu: IngloriousBasterd, żeby było jasne) nigdy nie spojrzy krzywym okiem na Transformersów. Siadam, macam za napojem i petem, i rozumiem, że będzie tak, że cokolwiek zapoda Wolverine, to mi pasuje. Trochę kipa, że zajebali mi Mystique, daję słowo, że miewałem z nią erotyczne sny, kipa, ale kogoś musieli, a aktorka albo się zmieniła, albo roztyła, bo coś mi w niej od początku nie pasowało. Liczę na powrót jednak, bo uważny widz zwróci uwagę, iż są na to szanse. Scott był słaby, w ogóle nie pamiętam, a może nie było pokazane, jak oni go w ogóle wyposażyli w okulary, żeby nie porysować przy tym skorupy ziemskiej, więc bye baby. Xavier no comment.
No i teraz. Zastanawiam się nad trzema kwestiami (każda następna jest o klasę ważniejsza):
1. Czy można jeszcze zrobić coś imponującego w dziedzinie kinowych FX 2D?
2. Czy kiedykolwiek powołano do życia superbohatera bardziej wyjebanego w kosmos, niż Jean? Lobo się nie liczy, od razu zaznaczam, że nie wchodzę w takie dyskusje. Albo wejdę, jak się znajdą argumenty, na które się mnie zanęci.
3. Czemu, czemu, czemu Wolverine to zrobił? Ja biorę pod uwagę, dla kogo to się kręci, bo kręci się między innymi dla mnie, ja sobie zdaję sprawę, że trzeba przymknąć oko, a nawet obydwoje oczu, wszystko należy przymknąć, jeżeli chodzi o fabułę, ale kurwa czemu ją zabił? TO JEST KURWA NIEEKONOMICZNE! NIEKOMERCYJNE! Grób pokazali, więc pewnie jej nie wyciągną, więc jestem wściekły. A Alien+Predator versus Jean, nikt nie pomyślał? Tylko sztampa i nieznaczny ruch pionka przy zdziadziałym Magneto (ruszył się, nie ruszył? a pierdolę, nie będę cofał, robił stopklatek, ruszył się na sto procent). I nie tylko dlatego pytam dlaczego Wolverine ją zaszlachtował, bo mi się nie zgadza marketing, ale on ją przecież kochał. No, stary. Bohater, który mówi do Xaviera, że ten jest fiutem, bo kontroluje umysł Feniksa, na pewno jest przeciwko eutanazji. Zatem dlaczego zabija pełnosprawną Jean, w kwiecie wieku i umiejętności mentalno-manualnych? W głowie mi się to nie mieści.
Liczę na mocną dyskusję, intertekstualność, interkomiksowość, intermedialność.
Można zmieniać temat i dodawać pytania.

// edit: uwaga spoiler.

Fabryka Muchołapek

Andrzej Bart

Andrzej Bart

Książka wpadła w moje ręce zupełnym przypadkiem. Korzystając sprytnie jednak z zasady “rajdu Mikołaja” i końcówki roku jawi mi się dzisiaj zdecydowanie objawieniem mijających dwunastu miesięcy pod szyldem 2009. Konkurencją, jakby ktoś jej chciał odjąć, wojować nie można, gdyż wśród circa pięćdziesięciu pozycji zgłębionych, lub przejrzanych w ostatnim roku byli i nobliści, autorzy zasłużeni, wielcy myśliciele i zgrabni beletryści z wszelkich stron świata w przekładach najlepszych.

To co przyznać muszę na starcie, niepełnosprawność swą umysłową obnażając, to fakt, że podszedłem do książki na zasadzie całkowitej tabula rasa. Bo i o autorze nagradzanym wcześniej uznanymi nagrodami nic nie wiedziałem, o książce jedynie że do Nike nominowana była, a gdy po kilku przeczytanych stronach przez tył okładki rąbek fabuły chciałem odsłonić okazało się, że wątek na biografii znacznej postaci historycznej jest oparty, lecz postaci mi zupełnie nieznanej (mimo iż na tle Tysi wybitnie zaznajomiony z historią Polski i nie tylko się czuję).

Książka już od pierwszych stron urzekła mnie językiem i stylem narracji autora. Inteligencja, autoironia, doskonałe kolokacje słów i świetne budowanie klimatu. Dalej okazało się, że wydarzenia książki będą się rozgrywać w Łodzi -mieście balbiniarskiego zesłania. Autor zresztą zdaje się używa tego samego określenia na swoje kilkadziesiąt lat w nim spędzonych. Jednak to co daje się poznać po kilku zdaniach to niemal wyzierająca pomiędzy wierszami pasja do tego miejsca na ziemi i badania jego historii przy jednoczesnej irytacji, że rola Łodzi w życiu sławnych ludzi była w przeważającej części taka, że przyjeżdżali tutaj głodować i wkrótce umrzeć w komorach gazowych. Czy wiedzieliście np. że w łódzkim getto przebywały siostry Franza Kafki? Ale i gdy pisze o współczesnej Łodzi mimo dystansu, nawet opis Manufaktury utrzymuje w ciepłym klimacie mieszając niejako dwie galerie obrazów z ostatniego maila niejakiego Gadoma.

W miarę rozwoju fabuły autor stosując doskonałe zmiany narracji, intertekstualność i nawiązania historyczne buduje nastrój niczym z Kafki, zasugerowany dodatkowo obecnością na kartach jego sióstr i samym głównym wątkiem -wyimaginowanym procesem niejakiego Chaima Rumkowskiego -żydowskiego dowódcy łódzkiego getta. Osoby, której kontrowersyjność doskonale uchwycona w książce wyzwala podobno ogromne emocje i dyskusje na całym świecie. W miarę przebiegu procesu poznajemy tę postać i to, dzięki formule procesu sądowego, z dwóch stron -Oskarżyciela i Obrońcy. Dalej już sama fabuła wciągnęła mnie w zbudowany przez Barta świat na tyle, że zdarzało mi się przegapić przystanek na którym miałem wysiąść (tak podróże kształcą -zwłaszcza do i z pracy).

Miałem się na koniec podeprzeć jakimś cytatem, ale zamiast tego pytanie. Autor oprowadza po współczesnej Łodzi niejaką Dorę Żydówkę z Pragi i w pewnym momencie dziewczyna (w której jest oczywiście zakochany już obłędnie) pyta co oznaczają te Gwiazdy Dawida prawie na każdej ścianie domów. Jak myślicie co odpowiedział?? Jak Wy byście odpowiedzieli??

Who’s Your Father??

Pewien Balbiniarz znający się widocznie na reinkarnacji daleko bardziej niż bym kiedykolwiek mógł mu przypisywać powiedział kiedyś:

gdybym w przyszłym życiu miał zostać Chelsea, chciałbym zostać Johnem Terry

Nic dziwnego. Uznawany za jednego z najlepszych obrońców świata John Terry jest esencją drużyny The Blues. Z Chelsea od zawsze i na zawsze. Tu zaczynał swoją karierę i tu zamierza ją skończyć. I to nie jako piłkarz, ale jak podkreśla chce kontynuować szerzenie “Niebieskości” jako trener. Podkreśla że ma ‘niebieskie serce’ a serce ma do gry ogromne. Dzięki ogromnej waleczności, świetnej grze głową i umiejętności mobilizowania partnerów jest jednym z ulubieńców kibiców Chelsea. Do tego strzelił siedemdziesiąt trzy miliony bramek dające awans, zwycięstwo, Mistrzostwo, Puchar. W skrócie:

  • Piłkarz roku według PFA (2004/2005)
  • Najlepszy obrońca Ligi Mistrzów 2004/2005
  • Najlepsza jedenastka Mistrzostw Świata 2006
  • Najlepsza jedenastka FIFPro (2005, 2006, 2007)
  • Kapitan reprezentacji narodowej Anglii (2006-obecnie)
  • Najlepszy obrońca według UEFA: 2005, 2008, 2009
  • Piłkarz roku Chelsea (2001, 2006)

Przed sezonem było głośno o jego przejściu do MC, ale jego reakcję możecie zobaczyć tutaj ;)

Jest również kapitanem i czołowym reprezentantem Anglii.

Kilka historii na temat jego zachowań na boisku i gry mogłoby stanowić ciekawy materiał na następną książkę Zwłoka, ale o tym innym razem.

Kapitan jest wychowankiem Chelsea. Jak podkreśla jest z tego bardzo dumny. Często wspomina czas, kiedy jako dziecko przychodził na treningi. Pamięta, jak ważne były wówczas dla niego uwagi i rady starszych i doświadczonych zawodników, więc teraz sam przygląda się treningom młodzieżówki. Tak zawsze podkreśla zdania o tych młodych zawodnikach, jaka to dla nich szansa i generalnie pieje peany na temat futbolu jako mesjanistycznej drodze z nizin społecznych, że aż się zastanawiałem co On tam w tym Londynie mógł niby przeżyć w młodości? Profetyczny najazd Polaków?

No i ostatnio trochę zrozumiałem:

Bar Essex. Przebijający inwencją amerykańskich naukowców angielscy dziennikarze tabloidu wymyślają zajebisty spisek, który w barze Grażynka skończyłby się obiciem ich kiepskich facjat. Otóż jeden z nich udaje multimilionera, a drugi szofera. Facet do którego podchodzą ma na oko 50 lat. W Grażynce gość z tak dobrotliwym wyrazem twarzy też by nie miał czego szukać, no chyba żeby stawiał tutaj wygląda, że cieszy się uznaniem. Zresztą nie jest znowu taki do stawiania wyrywny, a raczej odwrotnie -kolega sugeruje mu, a ten bardzo podpala się na zrobienie interesu z milionerem. Wygląda że brakuje mu kasy, a zarobi pewno ze 40 albo nawet 50 funtów. Sprzeda milionerowi 3 gramy koksu. Świetny biznes. Gdy wychodzą do kibla dobić interesu zdradza “szoferowi” konfidentnie: “Tylko nie mów szefowi, że jestem ojcem Johna Terrego -chcę zostać incognito”.

Wcześniej gazety donosiły:

Sue Terry i Sue Poole, matka i teściowa Johna Terry’ego zostały aresztowane za kradzież jedzenia i ubrań w Tesco i sklepie Marks & Spencer. Wezwana przez sklepową ochronę policja zatrzymała je, kiedy pakowały skradzione rzeczy do samochodu. Kobiety zostały przewiezione na posterunek. Podczas zatrzymania przyznały się do winy, z czego później się wycofały. Znaleziono przy nich jedzenie i odzież sportową o wartości ok. 800 funtów.

Johna pensja tygodniowa jest szacowana na 150 tysięcy funtów (plus premie i zyski z reklam ;) )

Cała historia z kokainą dla dziennikarza wyszła w tygodniu poprzedzającym wielki mecz na szczycie Premiership Chelsea -Manchester United. Wynik był 1-0 dla The Blues.

Jedynego gola zdobył w 76 minucie…John Terry.

Superspes

SuperspesJesienna deprecha. Powinni wcześniej w radio puścić Kombi, wcześniej bym wstał je wyłączyć. Dużo spałem, drzwi otwieram, ucieka kot spod nich, po raz pierwszy w historii naszych spotkań, pokazuje mi, że się mnie boi. Ale na kota mam wyjebane. Wychodzę pomyśleć na słońcu, jest nawet ciepło, czy ja się w ogóle urodziłem. To ci teoria spiskowa, trochę bardziej konsekwentny Truman Show, z tym, że nie ma widzów i pewnie dlatego poprawiono scenariusz. Dla jednej osoby się nie pisze, Maciejczak. Hipnoza regresywna, zapisuję patrząc na gnijące liście, hipnoza w ogóle. Id, ego i superspes, omamy zbiorowe. Tymczasem debet muszę spłacić, wczoraj był termin i to mi przeszkadza, tak samo jak słuchanie audiobooka o Waffen SS i rozpaczy Hitlera w Ardenach, granie w jakieś bąbelki przez cały dzień, czternaście godzin, dwudziesty pierwszy level. Samemu siebie tak zdołować, żeby nie było już wyjścia poza katorżniczą pracą, przejeść się, wymiotować imieninowymi orzeszkami i ptasim mleczkiem, serialami, a później już nic, oczyścić się z brudu. Łażąc po liściach w tę i z powrotem, notuję haiku z moją osobą i trzema obrazami. Autopercepcja. Anoreksja. Jestem tak nieludzki, jak widzą mnie inni.

Tags: ,

So I asked who is he

Miałem napisać esej o tym jak można przegrać z Fulham posyłając tydzień wcześniej MU na kolana, ale może na fali refleksji początku listopada będzie bardziej ekumenicznie.

Otóż jest jeden gość, który generalnie łączy kibiców wszystkich angielskich klubów jako duma Synów Albionu. O dziwo nie jest to żaden z dwójki Gerard – Lampard. Albercik wie już pewnie o kim mowa. Jego szef -londyński skafoldziarz i wielki fan Chelsea, oraz kradzionych fantów bluźnił na wszystkich zawodników świata z poza grupy dumnych wojowników w niebieskich trykotach The Blues, ale był gość któremu się kłaniał. Gdybym miał użyć słownictwa Cartmana z Miasteczka South Park -był gotów wylizać mu jajca! Nawet ja nie potrafię ukryć swojej sympatii do tego zawodnika, mimo iż na codzień gra w barwach z góry zarezerwowanych w moim domu do sztucznego wywoływania wymiotów po zjedzeniu czegoś trującego i to tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia.

Height      5.10
Weight    12.08
Date of birth    24-10-1985
Place of birth    Liverpool
Position    Forward
Nationality    England
International Caps    55
International Goals    25

Fee    Ł 20000000
Squad number    10

Panie i Panowie oto ON:

http://www.youtube.com/watch?v=JdB0oFqpA50

saw my mate the other day,
He said to me he saw the white Pele,
So I asked, who is he?
He goes by the name of Wayne Rooney,

Wayne Rooney, Wayne Rooney,
He goes by the name of Wayne Rooney.

A tutaj może nawet widać to lepiej:

http://www.youtube.com/watch?v=tlEe7eFXzm8

Anglia -dziwny kraj…

Rozwiązanie

Przypomnę “Blue is the colour” wygląda tak:

Blues

Rozwiązanie może jest mało faszystowskie, ale co bardziej wnikliwi dostrzegą Hakenkreuz w jaki układają się korki na nogach tych młodych chłopaków:

Rozwiązanie

Futbol przez duże F

Lekcja pierwsza

Zatrwożony niskim poziomem dyskusji  na temat sportowy prowadzonej przez przeciętnego pijanego Balbiniarza postanowiłem w tym wątku nieść Balbniarzom kaganek oświaty futbolowej , jak również poruszać wątki z innych aren i wywoływać burze dyskusji na tematy drażliwe niczym powierzchowność CR8.

Dla tych którzy zapomnieli -futbol to nie jest sport, który ma cokolwiek wspólnego z naszą piłką zwaną nie wiedzieć czemu Ekstraklasą. Może będzie miał za sezon, kiedy awansuje Widzew (nawet mam przeczucie graniczące z pewnością, że tak), ale na tą chwilę nie ma nawet o naszej najwyższej klasie rozgrywkowej co wspominać.

Info dodatkowe poza konkursem dla Junka -kiedy piłkarz strzela 20 bramek to jest statystycznie lepszym strzelcem od tego co strzela kilkanaście!

Dzisiejszą dysputę zaczniemy od…Chelsea. Balbiniarze którzy ze mną byli na Fulham Broadway znają już drogę do jednego z najlepszych klubów na świecie (obok drugiego mieszka Junek). Nie jest jednak przedmiotem tego krótkiego wpisu przedstawianie ani historii tego klubu ani obecnej sytuacji w tabeli Premiership (chodź trudno nie wspomnieć o porażce MU z Liverpoolem)

Chciałem wspomnieć o wdzięcznym hymnie tego zespołu, który niedawno został okrzyknięty za “najbardziej rozpoznawalny hymn piłkarskiego klubu na świecie” (no dobra obok Liverpoolu -lecz do tego roszczą sobie pretensję również Celtic F.C. i F.C. St. Pauli) Oto tekst:

Here at the Bridge whether rain or fine
We can shine all the time
Home or away, come and see us play
You’re welcome any day

Blue is the colour, football is the game
We’re all together, and winning is our aim
So cheer us on through the sun and rain
Cause Chelsea, Chelsea is our name

A teraz zagadka -wzorując się na hymnie The Blues powstała dla polskiego ucha równie wdzięczna tekstowo wersja hymnu dla naszych południowych sąsiadów. Co to za tekst?? Podpowiadam że nie chodzi o:

Fuck ‘em all,
Fuck ‘em all,
United, West Ham, Liverpool,
Cos we are the Chelsea and we are the best,
We are the Chelsea so fuck all the rest

Piosenka o zdrowiu

Ej panowie, coś wam powiem,
Lub zaśpiewam raczej
Nie ma to jak zdrowie powiem
Wiecie co to znaczy

Kiedy boli ręka, głowa
Ucho, oko, udo, noga
Każdy wtedy kwili, jęczy
Czy to warto tak się męczyć
Czy to warto prochy ćpać
Czy to warto leki pić
Plaster, maść na siebie kłaść
Czy w ogóle warto żyć?

Warto, ale po co czekasz
Poproś niech cię zbada lekarz
Służba zdrowia, służba zdrowia
Ciągle w stanie pogotowia
Cały czas
Leczy nas
Cały czas
Złe choróbska goni w las

…baba jęczy stęka
Wyje niczym ta piosenka

Przyszła baba do doktora
Zakwiliła cicho
Jestem słaba, jestem chora
Czort wie co za licho?

Czy to warto prochy ćpać
Czy to warto leki pić
Plaster, maść na siebie kłaść
Czy w ogóle warto żyć?

Tags: ,

Tak przyszli do Jerycha. Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał (…) Jezus przemówił do niego: Co chcesz, abym ci uczynił? Powiedział Mu niewidomy: Rabbuni, żebym przejrzał. Jezus mu rzekł: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą. (Mk 10, 46-52).

Wróg Ludu

An Enemy of the PeopleDobry film obejrzałem. Stary, z 1978 roku, czyli ciężko pewnie będzie w sieci trafić, a na TCM już nie leci. Nic to, że ze Stevem McQueenem, który z niczym rewelacyjnym mi się dotąd nie kojarzył – to nie jest rola w stylu Bullita, a buzię mu tak ucharakteryzowano, że tak, jak mój starszy, gdybym nie widział napisów na początku, to nie jorgnąłbym się, że to on. Film nazywa się “Wróg Ludu” (An Enemy of the People) [tutaj link na FilmWebie].
Scenariusz na podstawie dramatu Henryka Ibsena (”Co łączyło wszystkich bohaterów Dzikiej Kaczki Ibsena, Nowak?”, “Eee… Miłość do zwierząt?”). Fabuły nie będę naświetlał, bo jedyne, co mogę tym osiągnąć to odstraszenie współczesnego widza, a mam chęć zachęcić. Ważne jest to, że to bardzo mądra historia i bardzo prawdziwa.
Wyguglałem także, że adaptacji wizualnych była cała masa, więc jeżeli na torrentach nie będzie akurat opisywanego przeze mnie przypadku, to może znajdzie się inny (w tym, co jak sądzę dobrze świadczy o misyjnym charakterze TVP trzy ekranizacje telewizyjne (od najnowszej): Globisz zamiast McQueenaTrela zamiast Globisza, Holoubek himself).

Tags: ,

Victoriously loathsome are we

Kogo znów niesie? Pomyślałem usłyszawszy pukanie do drzwi. Ledwo wszedłem do mieszkania i buty zzułem. Byłem tak wyczerpany, że miałem ochotę jedynie walnąć się w kojo i przespać dwadzieścia cztery godziny. Mięśnie wymagały kilkudniowej regeneracji, bolały przy każdym ruchu. Chodzenie sprawiało ból nasilający się jeszcze, kiedy miało zdarzyć się nie z własnej woli, lecz być wymuszone czynnikami tak zewnętrznymi, jak nieprzewidzianymi. Idę, idę już, mruknąłem zniechęcony i podjąłem cierpiętniczą kuśtykaninę do drzwi. W wizjerze nie zauważyłem nikogo lub nie zajrzałem przezeń, więc byłem zaskoczony otworzywszy wrota. Przede mną stała jakaś, nieznana mi w ogóle, olśniewająca kobieta. Nie jestem zainteresowany, nie jestem żonaty, nie żyję w konkubinacie, stęknąłem wyuczoną formułkę, wnioskując po cudownym zapachu nieznajomej, że w celach zarobkowych stąpa ona po krętej ścieżce bezpośredniej sprzedaży butelkowanych woni i przeróżnej maści maści. Poczekaj, mi nie o to chodzi, powiedziała szybko i przytrzymała zdecydowanym ruchem ręki drzwi zamykające się tuż przed jej nosem. Ty możesz nie wierzyć, ale ja Ciebie znam, Robercie.
Read the rest of this entry »

Tags: , , ,